Powódź

POWÓDŹ   1997 r.  wspomnienie po latach.

Lipiec 1997 roku, zaskoczył wiele miast i wsi, ogromna ilość opadów deszczu sprawiła, że spływy od początku rzeki Odry przybrały na sile piętrząc swoją wysokość. Koryto Odry od setek lat posiada swoje naturalne rozlewiska, często już zajęte i zagospodarowane przez człowieka, masa wody, która spływała do naturalnego koryta rzeki nie została odprowadzona i szybko woda zalała wszystkie miejsca w pobliżu rzeki. Powódź 1997 roku często nazywana potopem, została również nazwana powodzią tysiąc-lecia, jej rozmiar przekroczył wyobraźnię budowniczych, odrzańskich zabezpieczeń, gdyż nawet same wskaźniki poziomu wody były całkowicie zalane. Miasta i wsie, których taka klęska nigdy nie dosięgnęła, zostały odcięte od świata. Dla naszych gminnych wiosek powodzie to swoistego rodzaju standard, gdyż średnio co 10 lat Odra zalewa blisko usytuowane pola i gospodarstwa. Tym razem jednak, tak wysokim poziomem wody byli zaskoczeni wszyscy, woda wdzierała się nawet na piętra budynków.

Wtedy od 2 lat posiadałem lekką łódź motorową z silnikiem Johnson 40 KM, gdy moje gospodarstwo zamieniało się w morze, byłem gotowy, opuściłem je. Zwinna 4 metrowa łódź motorowa, stanęła na wysokości zadania, które było mi dane,  pomocy poszkodowanym. Mieszkańcy naszych wiosek choć pozbawieni prądu, wody i jedzenia w  większości decydowali się nie opuszczać swoich domostw, niektórzy posiadali bydło i trzodę, którą wprowadzali na piętra swoich zabudowań. Łodzią przemieszczałem się między budynkami odwiedzając domostwa i dowożąc powodzianom rzeczy od ich rodzin. Gdy woda ciągle przybierała na wysokości, przybierała także siła prądów, które znosiły wiosłową łódkę strażaków, wobec tego załogi straży pożarnej zmuszone zostały do niewypływania już na rozlewiska. Sztab kryzysowy, powołany do celów logistycznych z osobą Pana Witolda Liki na czele, oświadczył, że moja współpraca z nimi jest konieczna. Wyposażono mnie w radio-telefon i od tej pory składałem meldunki co, u kogo itd. Dzięki mojej łodzi, pozostałem  łącznikiem między osobami na lądzie a zalanymi domostwami, przekazywałem informacje od bliskich, a w szczególności komunikaty o prognozach i stanach wód, z górnych, pomiarowych miejsc Odry. W miarę możliwości ewakuowaliśmy najbardziej zagrożone osoby, co przebiegało w miarę sprawnie, jednakże byli i tacy, którzy odmawiali opuszczenia swoich domostw. Było to zrozumiałe, w szczególności tam, gdzie znajdowały się jeszcze zwierzęta. Niektórzy rolnicy zdecydowali się na rzeź swoich zwierząt. Woda rosła z minuty na minutę i musiały zapadać decyzje, wypuszczać zwierzęta do wody, czy rzeź i transport? Po ewakuacji ludzi, przewoziłem zwierzęta, w szczególności świniaki, ładując po kilka sztuk do łodzi.

Gdy wszystko było pod kontrolą, oddaliłem się z mojej strefy i udałem się do wsi Mechnica, byłem przerażony, już od kilku dni mieszkańcy byli uwięzieni w swoich domostwach, nikt jeszcze do nich nie dotarł. Stan wody w kilku miejscach wynosił 4 m nad drogą.  Wpłynąłem do wioski sterując pod prąd. Rzeka zmieniła swój kierunek, parła bardziej na zachód niż jak wcześniej na północ, manewrując po wąskim przesmyku, uzmysłowiłem sobie, że w razie awarii silnika, może się to zakończyć katastrofą. Mam świadomość, że niesiony z prądem, w dębowym lesie, roztrzaskam łódź na kawałki - moje myśli są bliższe Bogu i jego woli - ryzykuję! Znalazłem spokojniejsze miejsce, prąd duży, ale nie tak silny, dobiłem do słupa energetycznego i przywiązałem łódź, łzy cisnęły się do oczu, oniemiałem, z różnych domostw rozlegały się liczne krzyki o pomoc i ratunek - tutaj, tutaj, ktoś inny krzyczał, że jego matka umiera. Na dachach szop i garaży stały zwierzęta głównie: świniaki, psy, kury. Instynktownie każde z nich chciało ocalić życie. Widok porażał i jeszcze te przeraźliwe krzyki. Zacząłem uspokajać ludzi, że do nich podpłynę, głośno przekazałem informację, że wrócę i przywiozę o co proszą. Podpłynąłem pod pierwszy dom, cała rodzina płakała.  Odpaliłem silnik, odhaczyłem motorówkę, wrzuciłem bieg i do przodu, w głowie myśl: - nie może mnie znieść z wąskiej drogi do Zdzieszowickiego promu na Odrze, bo się rozbiję. Zabrałem wszystko co było na brzegu w Zdzieszowicach i wróciłem do Mechnicy. Wszystko rozdałem w pierwszych domostwach , obiecuję, że zorganizuję więcej.  

 Następnym przekazuję, że wrócę z jedzeniem, dziwi mnie prośba o zwykle baterie,

 - Panie podpłyń Pan, musimy zabrać moją matkę, ona jest chora! Woda pod łodzią wiruje wiem, że pod wodą może być znak drogowy lub słup ogrodzenia,  uderzenie w śrubę mojego silnika byłoby katastrofą, omijam przeszkodę, łapię się za rynnę starego domu, żeby chwilę pozostać w miejscu, chcę porozmawiać, prąd nie daje za wygraną pcha mnie za mocno w stronę otwartej stodoły. Silnik pracuje, bieg wyłączony i nagle stara rynna, której się trzymam zostaje w moich rękach, odrzucam ją i łapię za manetkę biegów, lecz w ułamku sekundy prąd wciąga mnie do otwartej na wylot stodoły, chowam głowę by nie oberwać belką bramy, po sekundzie lub dwóch jestem z drugiej strony budynku, silnik dalej pracuje, ale zawisłem na siatce z ogrodzenia. Jest źle, mam nadzieje, że bez narzędzi zdołam się wyplątać, odbezpieczam silnik i przechylam go podnosząc śrubę,  drut złapał płetwę, używam siły, puszcza. Gdzieś obok wystaje komin traktora, włączam bieg i powoli wypływam z pułapki. Po chwili jestem znowu nad drogą, woda szybko płynie,  manewruję mocno skoncentrowany, patrząc przed siebie mówię do następnych osób, że wrócę. Na końcu wioski, wcisnąłem gaz do końca, motorówka wyszła z wody, pędziłem z powrotem w kierunku bazy (obecnie miejsce Pomnika Ofiar Powodzi koło promu w Zdzieszowicach). Krzyczałem przez radio o tym co zobaczyłem, że natychmiast muszę wrócić do Mechnicy z piciem i chlebem, osoba z drugiej strony odpowiada:

 - Janie, Mechnica to inna gmina, oni do nas nie należą, my mamy swoich powodzian.

 - Ale nasi są zabezpieczeni – odpowiadam, -nawet zwierzęta wywiezione,

 - nie wiem jakie będą dalsze decyzje,

 -jakie decyzje, co mnie to interesuje ? Zdenerwowałem się.

 - Zorganizujcie pełną łódkę napoi i chleba, chcą też baterie, po drugiej stronie usłyszałem ponowny sprzeciw. Gdyby tylko wtedy zobaczyli jak tam jest, zmieniliby zdanie, do nich nikt jeszcze nie dopłynął, tam jest silny prąd. Niech sobie ustalają z władzą, ja już dopłynąłem do bazy i ładowałem to co było na brzegu. Zawracam łódkę i mówię przez rodio-telefon, że mają kupić i dostarczyć, a jak nie to sam kogoś poślę, powiedzieli, że dobra, że dadzą znać. Pędzę przez las do Mechnicy, stare korony drzew nie przepuszczają pięknego słońca, jest gorąco. Droga do wsi wydaje się rzeką niczym Amazonka, po chwili jestem na miejscu i przekazuję jedzenie, picie. Łańcuszek próśb jest nie do spełnienia, każda osoba czegoś potrzebuje. Na pokład zabrałem dwoje ludzi i odwiozłem w stronę Straduni, na brzeg, tam stoi pełno gapiów, jest straż, policja, wszyscy byli zdziwieni moim nagłym pojawieniem się szybką łodzią, od strony rozlewiska. Przekazałem im wiadomości od powodzian, podpytywyli  skąd jestem, odpowiadam,  że z Januszkowic, ludzie mówili, że była u nich amfibia, ale się popsuła, podchodzą do łodzi, każdy o coś pyta. Powiedziałem, że czekam na większy transport jedzenia i picia. Wtedy odezwało się radio, mam zawieźć lekarza na Lesiany do Januszkowic,  przyjąłem wiadomość, ale obiecałem, że wrócę. Szybko przepłynąłem strefę prądów, wodą płynęły wszystkie rzeczy świata, trzeba było uważać, aby przy dłużej szybkości nie najechać na płynące drzewo lub beczkę. Po kilku kolejnych minutach, byłem na miejscu.

 - Proszę założyć kamizelki ratunkowe, bez tego nikt ze mną nie płynie. W łódce jestem z lekarzem obładowanym walizkami i mam jakiegoś pasażera z prowiantem, płynę z umiarkowaną prędkością, oddalając się od brzegu patrzę na pasażera jak truchleje i trzyma się kurczowo burty, widzę przerażenie w jego oczach, łódką szarpie na prądach. Próbowałem go uspokoić mówiąc, że tu jest jak na basenie, całkiem bezpiecznie. Odstawiam, pasażerów na Lesianach, sam nie czekam, aż skończą, patroluję rzekę. Popłynąłem do Koźla, na drzewach  wiszą, potopione krowy i świniaki, w wodzie płynęło tyle cennych rzeczy, aż nie do wiary. Cała więźba dachowa,butle z gazem, koła samochodowe, itd. Zalane Koźle wygląda jak Wenecja, ludzie przemieszczają się czym tylko się da, niektórzy tam gdzie płycej idą pieszo, po piersi w wodzie. Cały widok przywodzi na myśl scenę z koszmaru, a ja nic im nie mogę pomóc, to jest wręcz niemożliwe. Wróciłem po lekarza i odwiozłem go do bazy w Januszkowicach, tam zabieram pomocnika i wracam  do chorej, starszej kobiety z Mechnicy. Gdy podpłynąłem do szczytowego okna domku, mieszkańcy je otworzyli, chcę zabrać starszą, otyłą kobietę na ląd, nie wyjdzie przez małe podwójne okno. Wyłamaliśmy ramę, co powiększając otwór, pomocnik trzyma motorówkę, starsza kobieta  płacze, pomimo ogromnego strachu, wykonuje powolne ruchy by wyjść, przytrzymuje się ramy, a ja ściągam ją do łodzi, po chwili  odpływamy. Na brzegu pełno gapiów, przez radio, znowu mnie wzywają do Zdzieszowic, tym razem przyjechał pierwszy zdzieszowicki i chce zobaczyć wszystko z wody, zapinam mu  kamizelkę, w międzyczasie opowiadałem z przejęciem o Mechnicy, on  powtarza, że to nie nasza strefa, mówię, że u nas wszystko pod kontrolą, na razie nikt nic nie potrzebuje, a ja byłem tam pierwszy od początku powodzi, ludzie wręcz panikowali. W milczeniu płynę za las, mimo jego sprzeciwu  tam słyszymy ponownie  prośby ludzi,  już nie protestował, sięgnął po radio i wydał polecenie: - kupcie picie i chleb, zawracamy. Przed lasem, wkręca się w silnik jakiś sznur. Mocne szarpnięcie, silnik gaśnie, a tył łodzi gwałtownie się zanurza, do motorówki wlewa się woda. Zalewa mnie pot, to najgorszy ze scenariuszy,  -przejdź na dziób łodzi!, przechodzi, motorówka przechyliła się do poziomu, woda przestała się tak mocno wlewać do środka. Sam ostrożnie przeszedłem do silnika i podniosłem go do góry. Musiałem odwinąć linę, co nie było łatwe, prąd ciągnął uwiezioną łódkę i napinał linę. Dopiero po 15 minutach i udało mi się ją uwolnić. Jednak wciąż silnik jest wyłączony, silny prąd co raz szybciej spycha mnie w stronę drzew, musi zapalić myślę za pierwszym razem, inaczej będzie katastrofa! Pali,wrzucam bieg, gaz, ślizg; wyprowadzam łódkę na drogę przez las, powiew wiatru przynosi ulgę! Powoli wracamy, na brzegu chłopcy kotwiczą motorówkę i wylewają z niej wodę, ja położyłem się na trawie i opowiedziałem co się przydarzyło. Chłopaki, w bazie, opowiadają, że ktoś z gapiów przed chwilą złośliwie żartował, że Płonka znalazł sobie okazję do popływania, uśmiecham się, nie komentuję. Tankujemy bak, strażacy chcą na drugą stronę. Na brzegu, swoją dużą motorówkę wodują bracia Bargiel, chcą pomóc.

 - Czesiu to ryzykowne, ona waży około dwóch ton, jak wam coś nie wyjdzie i zgaśnie będzie źle, ale oni chcą pomóc, tylko to się liczy, popłynęli na drugą stronę rzeki, oprowadziłem ich wzrokiem, zakotwiczyli u Państwa Kwiołtyków. Popłynąłem do bazy w Januszkowicach, tam starszy Pan namawia mnie abym go zawiózł do jego domu:

 - Ale po co? U Pana wszystko zalane.

 -Ja muszę tam popłynąć.

 - To ryzykowne, nic Pan tam już nie uratuje wszystko pod wodą.

 - Panie musicie mnie tam zawieźć. Starszy Pan nie odpuszcza, strasznie mu zależy, ale nie podaje powodu. Po powtarzających się prośbach, pytam zdecydowanie, -ale po co? Odpowiedział, że na strychu kwoczka siedzi na jajkach. Dla niego największym zmartwieniem była kura wysiadująca jajka,  Starszy Pan nie odpuszczał, a ja miałem wątpliwości, czy rozsądnym będzie, w tym piekle wody, narażać starszego człowieka.

- Ubieraj Pan kamizelkę. Widzę, że dla niego to coś więcej niż gniazdo z kwoczką, to niedaleko jakieś 400 m od bazy, płyniemy. Po chwili dopływam do szczytowych drzwiczek zabudowania, w słomie na jajkach spokojnie siedzi kura, starszy Pan coś do niej mówi i wyciąga z za pazuchy ziarna i suchy chleb, rozsypuje je przed ptakiem, nic jej nie będzie, mówię, wracamy. Ten człowiek był wyraźnie roztrzęsiony, z oceanu wody wystawał tylko daszek jego domku, nic poza tym. W radio znowu wywołanie, mam wracać do Zdzieszowic, braci Bargiel znosi rzeka, mają awarię silnika, trzeba ich przyholować. Popędziłem w stronę promu, widziałem ich z daleka, prąd szybko ich znosił, podpłynąłem i podałem linę, jesteśmy na środku Odry, prąd jest bardzo silny, dodaję gaz, na ich łodzi jest kilka osób, mam co ciągnąć. Płynąłem pod prąd, przemieszczaliśmy się bardzo wolno, wolniej niż piesi na brzegu, dopiero po pół godzinie udało mi się przyciągnąć ich do bazy. Stało się coś poważnego z ich napędem, zwodowali przyczepę, wszyscy weszliśmy do wody i ustawiliśmy na niej ich ogromną łódź, pojechali do swojego warsztatu. Są nowe zadania, moja komórka dzwoni non stop, nie wiem skąd, ale ludzie zdobyli mój numer, pytają o swoich znajomych i rodziny z zalanych budynków, każdy ma prośbę. W ten czas, każdego dnia schodziłem z łodzi wieczorem, telefon nie milknął, ludzie dzwonili do północy. W drugi dzień akcji, wieczorem kiedy zamknąłem oczy po raz pierwszy w życiu, dopadła mnie choroba morska, miałem wrażenie, że dalej jestem na wodzie i się kołyszę, jednak mimo to szybko zasypiałem. Wcześnie rano, następnego dnia, dzwonią, dopytują kiedy będę. Mieszkałem wtedy nad Odrą, miałem dwieście metrów do bazy. Kiedy się pojawiłem, czekały już grupy ludzi z jedzeniem dla bliskich. Staram się wszystkim załatwić. Kolejny dzień, kolejne, nowe zadania, wszystko się powtarza, nad nami pojawił się śmigłowiec, obserwowali nas, ktoś powiedział, że tu nie potrzeba pomocy. Nieco później popłynąłem do Januszkowic, śmigłowiec, który zrzucał paczki żywnościowe dla powodzian, za bardzo zbliżył się do dachu stodoły rolnika z Lesian i go zerwał. Widok był wstrząsający, tyle niepotrzebnej straty, gospodarz był mocno rozżalony, tyle stracił, a tu jeszcze takie nieszczęście. Pod koniec tygodnia woda zaczęła opadać, wtedy dojechał mój kolega ze swoją łodzią, opowiedziałem mu o armagedonie. - Dziś to już w miarę spokojnie, chociaż woda jeszcze wysoka. Popłynęliśmy na dwie łodzie, wyciągamy z rzeki ogromne ilości butli gazowych. W pewnym momencie zauważamy, na skraju lasu, w krzakach dużego świniaka. Kolega podpłynął, do niego, przyjrzeć się z bliska. Nie do wiary, zwierzę żyło, jak to możliwe po całym tygodniu wysokiej wody? Świniak zahaczył o krzaki i przeżył, nie możemy się nadziwić. Żeby go uratować trzeba wejść do wody, woda przepływa jeszcze przez las, ale przy brzegu ma pół metra, da się zejść, prąd słaby. Damy radę, wchodzimy do wody, nie mogę się nadziwić ona żyje! Ładujemy ją do łodzi kolegi, zwierzę jest wyraźnie osłabione, nie walczy z nami, stoi spokojnie podczas jazdy, na miejscu wszyscy się dziwią, że zwierzę przeżyło. Kiedy woda opadła powodzianie przystąpili do sprzątania, nieprawdopodobne, jakich zniszczeń potrafi dokonać woda. Ja sam nie poznałem swojego gospodarstwa, znikła cała zieleń, powstała pustynia. Wszystko straszyło, myjki poszły w ruch, trzeba było pozbyć się wszechobecnego mułu. Pomału życie, zaczęło wracać do normy, nowo posiana trawa zaczęła kiełkować, a ja nie potrafiłem zapomnieć o ogromie nieszczęścia, które zobaczyłem. Cały świat oferował pomoc powodzianom,  doszedłem do przekonania, że muszę utrwalić ten tragiczny tydzień, upamiętniając wszystkie jego ofiary, w szczególności zaś te z województwa opolskiego. Wieczorami kreślę obelisk, jaki chciałbym ufundować w miejscu, z którego wyruszałem do powodzian. W moich myślach pozostaje świadomość, jak niewiarygodnym jest, by przez cały tydzień niebezpiecznych wojaży nie uszkodzić  silnika, ani śruby z łodzi. Wiem, że w ten trudny czas prowadziła mnie ręka boska, bo zdarzało się, że podczas rekreacyjnych jazd, łamałem śrubę, podczas gdy tu przez cały tydzień pokonywania przeszkód nic się nie wydarzyło. Idea pomnika dla powodzian dojrzewała we mnie, postanowiłem przedstawić ją władzom miasta. Z czasem pomysł zyskuje uznanie nawet wśród władz województwa. Decyzje urzędowe opóźniają budowę, póżniej zamawiam obelisk i wykonuję z murarzem resztę. W listopadzie 1998r. nastąpiło uroczyste odsłonięcie pomnika, przez Wojewodę Ryszarda Zembaczyńskiego i jego poświęcenie przez Biskupa Jana Bagińskiego, całe wydarzenie zostało poprzedzone mszą świętą. Za pomoc w czasie powodzi zostałem  odznaczony  za męstwo i odwagę,  przez Prezydenta Rzeczpospolitej Aleksandra Kwaśniewskiego, zaś stacja RTL 7 nakręciła filmowy reportaż.


Pałac w Żyrowej

Około 10 kilometrów od Jeziora Srebrnego znajduje się miejscowość Żyrowa a w niej okazały zabytkowy pałac.

Nie jest on co prawda dostępny dla zwiedzających ale przepiękna okolica pałacu stanowi doskonałą bazę wypadową do wędrówki do starego folwarku znajdującego się na Górze Św. Anny. W pozostałościach parku przylegającego do folwarku znajdują się drzewa owocowe obfitujące w mirabelki, czereśnie i jabłka.

Garść linków:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Pałac_w_Żyrowej

http://www.kudyba.pl/index.php?go=1316&go2=1362

http://www.kurys.pl/thumbnails.php?album=30

http://www.polskaniezwykla.pl/web/place/7591,zyrowa-palac-wiekszy-od-zamku.html

Góra Św. Anny

Zdzieszowice, Januszkowice i Lesiany leżą u stóp największego w okolicy naturalnego wzniesienia jakim jest Góra Św. Anny.

Malownicze lasy, wspaniałe widoki ze szczytu, park krajobrazowy, zabytkowy klasztor, zabytkowy folwark, wielki pomnik i amfiteatr, dobre restauracje i miejsce kultu religijnego sprawiają, że miejsce to jest wspaniałym punktem wycieczkowym dla przebywających w okolicy turystów.

Dojazd samochodem na szczyt góry zajmie Państwu około 15 minut, można też wybrać się tam rowerami lub też pieszo (10-12 km w jedną stronę w zależności od trasy).

Więcej informacji tutaj:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Góra_Świętej_Anny

http://www.goraswanny.yoyo.pl/i_muzeum_czynu_powstanczego.htm

http://gora-swietej-anny.mapofpoland.pl/Gora-Swietej-Anny,galeria.html

http://www.gsa.lesnica.pl/

http://www.goraswanny.pl/

http://www.swanna.pl/

http://www.museo.pl/content/view/778/114/

Pałac w Mosznej

Pałac w Mosznej znajduje się nieco ponad 30 km od Lesian jadąc samochodem. Polecamy jego odwiedzenie jeżeli gustujecie Państwo w pięknej architekturze i macie ochotę pospacerować po przepięknym parku przypałacowym.

Więcej informacji:

http://www.moszna-zamek.pl/

http://www.moszna-zamek.pl/troch-historii.html

http://pl.wikipedia.org/wiki/Pałac_w_Mosznej

http://www.zamek-moszna.yoyo.pl/

Prom ręczny na Odrze

 

Zupełnie niedaleko Jeziora Srebrnego znajduje się czynny do dziś prom na rzece Odrze w województwie opolskim.

Jego szczególną cechą jest to, że napędzany jest siłą ludzkich mięśni. Jeżeli macie Państwo ochotę na dłuższy spacer połączony ze zwiedzaniem tego kuriozum to gorąco polecamy wybranie się w okolice promu i spacer malowniczymi brzegami rzeki Odry.

Linki:

http://www.polskaniezwykla.pl/web/place/6327,zdzieszowice-reczny-prom.html

http://www.panoramio.com/photo/44009024

Zamek w Rogowie

Tuż za Krapkowicami - siedzibą powiatu, na terenie którego leżą Lesiany znajduje się Rogów Opolski.

Warto go odwiedzić dla ładnego parku i ciekawej architektury. W zamku mieści się zbiór starodruków Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej.

http://www.zamkipolskie.com/rogow/rogow.html

http://www.rogow.wbp.opole.pl/